Autor: William Shakespeare
Wydawnictwo: Zielona sowa
Data wydania: 2000 r.
Ilość stron: 106
Tłumaczenie: Maciej Słomczyński
Kategoria: dramat
Długo zastanawiałam się nad tym czy aby na pewno pisać tę recenzję. Przeczytałam - bo musiałam. Profil z rozszerzonym językiem polskim do czegoś zobowiązuje. Jednak po długim namyśle doszłam do wniosku, że, hej, w końcu nawet mi się to spodobało. Dlaczego więc miałabym o tym nie napisać? W końcu to Shakespeare, każdy powinien znać!
Wspomnę jeszcze tylko o tym jakież było moje przerażenie, kiedy na jednej z lekcji moja nauczycielka języka polskiego wspomniała, że właśnie ta książka będzie naszą kolejną lekturą. Spochmurniałam, nadęłam usta i spojrzałam na nią wzrokiem mówiącym "chyba sobie pani żartuje". Doskonale pamiętam moje przeżycie z Romeo i Julia, które było wprost fatalne. Wiem, że nie powinnam publicznie pisać w taki sposób o klasyku, ale niestety tak właśnie było. Nie zapamiętałam tej lektury jako super książkę o pięknej miłości i oddaniu. Hej, w końcu romans zakończył się kilkoma zgonami (kilkoma? powiedźcie, że wcale nie zaliczyłam wtopy!). Ale przechodząc do Makbeta, to własnie on jest tutaj "gwiazdą tego wieczoru".
Historia rozpoczyna się w momencie, gdy Makbet wraca do swojego miasta wraz ze swoim wiernym przyjacielem Banko. W nieoczekiwanym momencie na ich drodze pojawiają się trzy wiedźmy, które mają ważną wiadomość dla dwóch mężczyzn. Czarownice ujawniają swoje przepowiednie i kiedy jedna z nich dotycząca Makbeta nieoczekiwanie szybko się spełnia nasz główny bohater popada w rządzę władzy. Muszę tylko wtrącić, że Banko jest w tym momencie postacią naprawdę wiarygodną i moim zdaniem chyba najlepiej wykreowanym bohaterem, który zachował racjonalne myślenie. Chociaż przyjaciel Makbeta go ostrzega, to ten już zaczyna swoją bitwę z losem.
"Wyglądaj jako kwiat niewinny, ale niechaj pod kwiatem tym wąż się ukrywa."
Nie mam zielonego pojęcia ile osób czytających ten post czytało tę książkę, ale jakkolwiek to brzmi, to Makbet naprawdę mi się podobał. W klasie wiele razy słyszałam zdania, które miały na celu wyśmiać autora i jego bujną wyobraźnię. No, akurat to trzeba tej mojej klasie przyznać - naprawdę trzeba mieć bujną wyobraźnię, aby napisać taki dramat. I absolutnie nie mówię to w sposób złośliwy czy broń Boże chcę obrazić autora. Po prostu uważam, że książka chociaż ciekawa, to ogólnie rzecz biorąc nieco przerażająca i dość brutalna. Tak, zdecydowanie brutalna.
Makbet od razu wpada w pułapkę zastawioną przez trzy czarownice. Myślę, że jednak jego zapał do dotarcia na szczyt władzy z czasem by zgasł gdyby nie jego urocza żona - Lady Makbet. Ah, ta kobieta. Gdy z czasem o tym myślę, to stwierdzam, że w tym momencie idealnym określeniem tej bohaterki będzie wyrażenie femme fatale, bo to zła kobieta była. Uważam, że właśnie Lady Makbet dodawała całej historii tej nuty tajemniczości historii. Gdyby nie jej presja i ciągłe wytykanie mężowi jego tchórzostwa, to jestem w stu procentach przekonana, że osoby, które straciły w tej książce życie na pewno by pożyły nieco dłużej. Poza tym uważam, że Makbet był jednak słabym mięczakiem, ponieważ uległ całkowicie jednej, bezbronnej kobiecie. Rozumiem, że była to kobieta jego życia, ale mimo wszystko. To do czego ona go nakłoniła było poniżej godności.
"Co ma przyjść, przyjdzie, co ma minąć, minie;
W dni najburzliwsze czas jednak płynie."
Makbet jest dramatem krótkim i czyta się go naprawdę szybko. Jedynym problemem może być język, bo w tym momencie zdecydowanie nie mogę napisać, że jest to lekka książeczka na godzinę góra dwie. Sama będąc na rozszerzeniu z języka polskiego miałam niejednokrotnie problemy, aby do końca zrozumieć to, co przed sekundą przeczytałam. Mimo wszystko książkę uważam za... no własnie. Tutaj sama nie wiem co mam napisać. Podobała mi się. Jest to w pewien sposób klasyk. Ale czy można napisać o historii, w której występują trzy wredne czarownice, których przepowiednie skłaniają jednego bohatera do dążenia do władzy i jego żonie wywierającej na nim taką presję, że w tym całym amoku dopuszcza się do morderstwa osób bardzo z nim związanych, że jest to książka fajna? Sama nie wiem jak to ująć. Pomimo swojego minimalnego dziwactwa historia Makbeta mi się spodobała i uważam, że każdy (no dobra, może nie każdy, ale każdy będący na rozszerzeniu języka polskiego!) powinien po nią sięgnąć.
Ocena: 9/10
Super recenzja!
OdpowiedzUsuńJa również czytałam Makbeta, bo musiałam, lecz muszę przyznać, że mi także dramat się spodobał. :)
Jestem teraz w gimnazjum i jakiś miesiąc temu przerabiałam "Romeo i Julia" i dla mnie nie była to jedna z najlepszych lektur :) "Makbet", a raczej fragment miałam zamieszczony w podręczniku, jeszcze w podstawówce i wydawał się naprawdę dobry :) Na pewno kiedyś sięgnę po tą lekturę :D Pozdrawiam cieplutko :)
OdpowiedzUsuńSięgnij, bo warto :)
UsuńPozdrawiam również :D
Dobrze wspominam z czasów LO. Jedna z tych lektur gdzie człowiek się nie nudził.
OdpowiedzUsuńJa z kolei jestem antyfanką Shakespeare'a :( Romeo i Julia było dla mnie jednym, wielkim nieporozumieniem, ale Makbet przebił wszystko xd To jedna z nielicznych książek, którym wystawiłam 1 w ocenie ;d Ale akurat moim zdaniem i oceną się nie przejmuj, bo gdy ktoś pisze coś zupełnie różnego od Twojej własnej opinii, to jednak robi się człowiekowi dziwnie, czasami można się wkurzyć czy coś, a nie o to tu chodzi :D U mnie w klasie tylko trzy osoby przeczytały ,,Zbrodnię i Karę'', a reszta słuchając na lekcji wszelkich informacji z lektury, uznali, że musiała to być jedna z najgorszych książek, jakie dano nam do przerabiania w szkole. A mi się podobała :D Także gusta są różne, Shakespeare niestety nie dla mnie, ale cieszę się, że Tobie książka bardzo się podobała! ^^
OdpowiedzUsuńObsession With Books
Musiałaś to czytać na rozszerzeniu? u mnie na podstawie Makbet był ;P I przyznaję - nie była to zła lektura ;P Ale ubóstwiać jej nie ubóstwiam, bo mimo wszytsko - to lektura szkolna, a ja ich szczerze nienawidzę :| Nie lubię tego, że jesteśmy zmuszani do nich...
OdpowiedzUsuńZabookowany świat Pauli